Mała Moskwa także w Świdnicy
Wpisany przez Sylwia Osojca-Kozłowska

Bywał Pan w młodości w Świdnicy? - pytał Waldemara Krzystka reżysera, twórcę filmu „Mała Moskwa” Michał Chaciński.  - Nie, tylko o Świdnicy od Rosjan słyszałem. Oni tu bywali – odpowiadał na spotkaniu poprzedzającym świdnicką projekcję  wspomnianego filmu reżyser.
- Spróbujmy zatem opowiedzieć o rzeczach, które widzom oglądającym film mogą wydawać się dziwne – kontynuował prowadzący spotkanie Michał Chaciński, nie zdając sobie raczej sprawy z tego, że świdniczanie podobnie jak mieszkańcy Legnicy (a  właśnie z tego dolnośląskiego miasta pochodzi Krzystek) nie powinni mieć  żadnego problemu z odbiorem tego filmu. Zarówno w jednym jak i drugim mieście stacjonowała bowiem do 1993 roku armia sowiecka, o której to m.in. opowiada „Mała Moskwa”.  - Ale w Świdnicy oni też wiedzą jak było – sugerował Waldemar Krzystek, chcąc zwrócić uwagę dziennikarza TVP Kultura na to, że  tutaj też mieszkali Rosjanie. Reżyser wytłumaczył jednak , że  młodzi ludzie nie pamiętają już tej historii. Zwłaszcza Ci z centralnej Polski, gdzie wojska radzieckie nie stacjonowały.


- Dlaczego ja powiedziałem, że w  Świdnicy wy państwo wiecie, jak było? Otóż,  zrobiłem taką realizację w telewizji „Ballada o Zakaczawiu”. Jest tam opowiedziana historia miłości żołnierza radzieckiego  do Polki. Podczas spotykania związanego z tym teatrem  w centralnej Polsce taki młody licealista mówi mi: „wie pan, że to jest  takie cool, crazy, że ten Ruski do tej Polki przychodzi, ale  co panu przyszło na myśl, żeby  ruski żołnierz nagle znalazł się w  tym świecie”. Ja mu mówię, że nie wymyślałem tego, że oni tam byli normalnie. „Jak byli? Jak to?” -z niedowierzaniem pytał licealista. No do 1993 roku byli – opowiadał Waldemar Krzystek.

Waldemar Krzystek w młodości mieszkał 200 metrów od zamkniętego osiedla sowietów.  Ma bogate wspomnienia z tamtego okresu. Także miłosne. Pierwszy raz w życiu całował się właśnie z Rosjanką. Obserwował życie Rosjan, a zdarzały się w nim różne historie. Gdy został reżyserem wiedział, że kiedyś będzie musiał zrobić film o armii radzieckiej stacjonującej w Polsce. Zrobił go. Choć, jak opowiadał na spotkaniu ze świdnicką publicznością, nie było łatwo. Było bardzo, ale to bardzo trudno.  Nikt nie wierzył, że ten film warto zrobić, że ktoś będzie go chciał oglądać. Aż do chwili, gdy na festiwalu w Gdyni zdobył „Złote Lwa”.  We wtorek (5 maja br.) wieczorem świdniczanie mogli nie tylko obejrzeć  „Małą Moskwę”, ale także posłuchać ciekawostek, które towarzyszyły jej realizacji. Oto zapis fragmentu  rozmowy, która przeprowadzona została z reżyserem „Małej Moskwy” tuż przed projekcją filmu. Rozmowę dla publiczności ze sceny prowadził Michał Chaciński.

Bywał Pan w młodości w Świdnicy?

Waldemar Krzystek: Nie, tylko o Świdnicy od Rosjan słyszałem. Oni tu bywali.

Spróbujmy zatem opowiedzieć o rzeczach, które widzom oglądającym film mogą wydawać się dziwne.

Ale w Świdnicy oni też wiedzą jak było.

Ile Pan Pamięta z Legnicy z tego, co widzimy w filmie?

Wszystko.

To ten rzadki film  historyczny film, do którego reżyser nie musiał robić researchu…

No, nie musiałem. Ja się wychowałem 200 metrów od ich zamkniętego osiedla.  Pierwsza kobieta, z którą  się całowałem naprawdę, to była Rosjanka. Przyznaję to publicznie. I aż się do dzisiaj dziwię, że nie mam urazów erotycznych. Bo całuję się z nią i ucho mnie piecze. Myślę, że tak widocznie to  musi  być.  I nagle słyszę: „Szto ty diełajesz malczik z doć majoj? Szto diełajesz?Udieraj ad siuda.”* … To jej matka ciągnęła mnie za ucho, oddzierając mnie od jej pełnych warg. I taki miałem pierwszy kontakt  z żeńską częścią armii okupacji radzieckiej.

Czy postaci „Mała Moskwa” filmu są prawdziwe?

Wiemy, że była taka Rosjanka jak główna bohaterka Wiera. Wiemy,  że zakochała się na początku w naszej kulturze. To było bardzo popularne wtedy, Rosjanie uczyli się polskiego, by mieć kontakt z kulturą, sztuką. Potem  ta Rosjanka zakochała się w Polaku. Skończyło się, jak się skończyło. Znaleziono ją powieszoną w lasku złotoryjskim w Legnicy. I dzisiaj tyle wiemy. Resztę trzeba było zrekonstruować  i wymyślić, by tę historię przedstawić. Jej grób istnieje naprawdę. Mimo że z czasem nastąpiła likwidacja cywilnych cmentarzy radzieckich, ten grób został. Władze Legnicy chciały ten jej grób zostawić na pamiątkę. Udało się skontaktować z jej rodziną, która wyraziła na to zgodę, twierdząc, że skoro zawsze chciała być z Polakami, to niech zostanie z Polakami.

To zdarzenie oparte jest na faktach, które musiałem zrekonstruować. Podobnie jak historia chrztu przedstawiona w „Małej Moskwie”. Ona też jest prawdziwa. Widziałem taką scenę na własne oczy. Także niewiele musiałem wymyślać od siebie. Chciałem przedstawić ówczesną rzeczywistość. „Mała Moskwa” to  pierwszy  polski film, w którym występuje armia radziecka stacjonująca  w Polsce. Wcześniej cenzura skutecznie ten temat wyłączyła. Nie ma żadnego dramatu, żadnej powieści, nie ma niczego, co podejmowałoby  temat armii radzieckiej  w Polsce po 45. roku. Przez cenzurę ta historia jest taka: oni przyszli, wyzwolili, wszyscy dziękowali  i koniec.  A  doskonale wiemy, zwłaszcza tutaj w Świdnicy i Legnicy, że były różne historie i czasami bardzo dramatyczne sytuacje.  Ja to wszystko wiedziałem na własne oczy, świadomie  niektóre sytuacje przeżywałem. Wiedziałem, że muszę zrobić ten film. Chciałem, żeby wszystko było jak było naprawdę.

Ile czasu trwały przygotowania do filmu?

Przygotowania do filmu trwały długo. Bardzo długo. Musiałem znaleźć budżet,  znaleźć aktorów, co było też trudne . Sasza Domagarow był ostatnim aktorem rosyjskim, który zagrał  w polskim filmie, a potem już nikt. A oni co roku wypuszczają rzeszę zdolnych absolwentów szkół aktorskich. Trzeba było do nich dotrzeć, przekonać ich, by zagrali w tym filmie…

Jak się przekonuje producenta w Polsce, do tego, żeby pozwolił nakręcić film w dużej mierze po rosyjsku?

Wszyscy byli przeciwko. Pytali, kto przyjdzie na film grany po rusku, na ruskie tematy, i twierdzili, że nikt na to nigdy nie da pieniędzy. Strasznie długo  trwało przekonywanie do sensu zrobienia tego filmu. Aż pięć lat. W dużej mierze pomogła Legnica i Wrocław. Dolny Śląsk bowiem uznał, że taki film musi powstać i dołożono pieniądze do brakującego budżetu. Trzy zarządy do tyłu w Telewizji i też podjęli decyzję, ze chcą, by ten film powstał. I udało się. Choć nie był to koniec problemów.  Na początku bowiem nikt nie chciał tego filmu dystrybuować , twierdząc, że nikt na niego nie przyjdzie. Cieszę się, że stało się inaczej.