|
- Okradałem rodziców z oleju i pasty BHP, zajmowałem im na wiele godzin co niedziela kuchnię, narażając ich przy tym na wielkie niebezpieczeństwo – wyznaje Józef Cholewa, mieszkaniec Jaworzyny Śląskiej, który w latach 80. był jednym z głównych drukarzy podziemnej Solidarności. Tajna drukarnia mieściła się w mieszkaniu jego rodziców w Żarowie, przy ul. Wojska Polskiego.
Buntowniczy charakter Józef Cholewa w żarowskim podziemiu zaczął działać wiosną 1982 roku. Na pytanie, jak trafił do podziemia i dlaczego robił to, co robił – odpowiada krótko: - Mam buntowniczy charakter. Nie podobała mi się ówczesna władza, chciałem więc coś zrobić, by przyczynić się do jej obalenia. Był bardzo dobrym nabytkiem żarowskiego podziemia, które skrupulatnie rozwijał Czesław Świderski. Nieposzlakowana opinia, praca poza dużym zakładem przemysłowym sprawiły, że był poza wszelkimi podejrzeniami służb bezpieczeństwa. Na tyle, że czasami dochodziło do naprawdę zabawnych sytuacji i paradoksów. Często bowiem zdarzały się takie sytuacje, że młody 20-paroletni wówczas Cholewa, malował w nocy na ścianach żarowskich budynków antykomunistyczne napisy, a rano jako mistrz ówczesnego PGKiM-u wydawał milicji farbę, by ta szkodliwe dla komunizmu napisy mogła szybko zamalować. Farbę jednak wcześniej dobrze mieszał z ropą, bo taką właśnie mieszanką trudno było milicjantom pokryć to, co wcześniej sam napisał.
Drukarnia w podziemiu Po wstąpieniu do podziemia od początku też zajmował się drukowaniem, choć jak przyznaje o tym zajęciu nigdy wcześniej nie miał pojęcia. Od 1983 roku drukowanie zaczęło regularnie odbywać się w mieszkaniu jego rodziców, w Żarowie przy ul. Wojska Polskiego. Wraz z kilkoma kolegami (oprócz Józefa Cholewy trzon drukarski żarowskiego podziemia stanowili Edward Bieńko i Piotr Kosiński) robili to regularnie co niedziela, w godzinach od 11.00 do 15.00. W czasie, gdy inne rodziny przygotowywały niedzielny obiad, on zajmował kuchnię i z kolegami zaczynał drukować. - Moi rodzice pozwalali mi na to, choć przez wiele lat było to dla nich olbrzymim kłopotem. Od soboty przez całą niedzielę zostawali praktycznie bez kuchni, gdzie odbywała się nasza produkcja lub mieli do niej bardzo ograniczony dostęp. Stół i praktycznie całą kuchnię zajmowaliśmy my i nasze śmierdzące farby. W dodatku okradałem ich z tak drogocennego wówczas oleju i pasty bhp, którymi to produktami rozcieńczaliśmy farby, by móc wydrukować więcej biuletynów czy ulotek – wspomina Józef Cholewa. A mieli co drukować. Po tym jak Czesław Świderski nawiązał kontakty z regionem Wrocław, drukowali i kolportowali na cały Dolny Śląsk. „Solidarność Walcząca” z Żarowa Spod ich rąk wyszło całe mnóstwo ulotek i solidarnościowych znaczków, a także rozmaitych zakazanych czasopism. To właśnie z mieszkania na Wojska Polskiego w Żarowie pochodziły kolejne numery biuletynów: „Solidarności Walczącej”, „Liczą się Czyny”, „Dzień po dniu”, czyli podziemnych zakazanych wydawnictw, na które w czasach komunizmu czekała cała Polska. Drukowali je na matrycach dostarczonych z Wrocławia. Część odbierał Wrocław, resztę kolportowali sami. Józef Cholewa wkładał ulotki i biuletyny do szafek swych pracowników w PGKiM, inni koledzy dostarczali do zakładów, w których pracowali, podawali przez zaufane osoby robotnikom z Bielawy, ze Świdnicy… Dostarczali wszystkim, którzy żyli nadzieją na lepsze czasy. - Dziś gdy o tym myślę w dobie tej techniki, którą mamy, czuję się jak partyzant. Nie mieliśmy telefonów, samochodów, nikt nie wiedział, że istnieje coś takiego jak komputer czy Internet. A jednak co niedziela, ubabrani od stóp do głów farbą – powielaliśmy nawołujące do walki o wolność solidarnościowe biuletyny, ulotki, znaczki i skutecznie je kolportowaliśmy i robiliśmy mnóstwo innych rzeczy, które wkurzały komunistów – wspomina Józef Cholewa i pokazuje bardzo pokaźne archiwum z tamtych lat. Małe i duże pieczęci wykonane w rozmaitych technikach - z gumy, ołowiu, wykładziny, matryce, wałki, powielacze, maszyna do pisania, na którą zamienili się z pomagającymi im strzegomskimi zakonnicami i dokumenty, które odciśnięte został m.in. jego ręką do dziś zalegają jego jaworzyński dom. Pośród cennego archiwum są też dwie olbrzymie historyczne solidarnościowe flagi, które żarowskie podziemie zawiesiło na najwyższym 84-metrowym komunie w mieście, by upamiętnić w ten sposób rocznicę porozumień sierpniowych. Flagi uszyła Dorota Podemska, a napisy Solidarność czerwoną farbą emulsyjną wymalował Józef Cholewa. Na komin, by zawiesić wdrapał się Leszek, syn Czesława Świderskiego. Zapach wspomnień Każdy przedmiot ma swoją historię i wywołuje wspomnienie emocji, jakie towarzyszyły podczas tamtych niełatwych czasów. Nawet matryce pachą jeszcze farbą.- Matryc zostało mi kilka na pamiątkę. Większość z nich wyrzucaliśmy, bo byłby to dowód naszej działalności, gdybyśmy wpadli – mówi Józef Cholewa i pokazuje te, które ocalił licząc na to, że uda się je ukryć przed SB i zachować dla potomnych. Ale nie wpadli. O drukarni w domu jego rodziców Służby Bezpieczeństwa nigdy się nie dowiedziały. Nie dowiedziały się też o działalności Józefa Cholewy. Pomimo tego że czynnie działał w żarowskim podziemiu - zajmował się nie tylko drukowaniem, ale też kolportował ulotki, robił antykomunistyczne napisy na murach, brał udział w zawieszaniu flag „Solidarności” na liniach wysokiego napięcia - przez cały czas pozostawał poza ich wszelkimi podejrzeniami. Pewnie dzięki temu, jak mówi, że nigdy nikt na niego nie doniósł. A okazji jak twierdzi było wiele. Choćby ta, że taka że na klatce schodowej kamienicy, w której mieszkał z rodzicami, co niedziela (a był to wówczas jedyny wolny od pracy w tym czasie dzień w tygodniu) przez kilka lat intensywnie śmierdziało farbą i rozpuszczalnikiem…
|